NOWY CYKL: WITAMINOWA POTĘGA! – WITAMINA C vol. 1
Cześć!
Nie będę się tłumaczyć czemu przez ponad pięć lat (!!!!) nie było nawet pół wpisu…
Mea culpa!
Praca, szkoła, dzieci i dodatkowe aktywności zaćmiły moją aktywność tutaj, ale spokojnie – wracam!
Przyszło mi do głowy, że wszyscy wszem i wobec mówią, że „trzeba jeść witaminy”. Preparaty „multiwitaminowe” piętrzą się na półkach już nie tylko aptek, ale także dyskontów, drogerii, sklepów dla sportowców, a nawet zwykłych marketów. O co w tym chodzi? Czy nasze społeczeństwo dopadła „globalna awitaminoza”?! Aby usystematyzować wiedzę w tym temacie będę starała się raz na 2 tygodnie przedstawić wam jedną z witamin, aż omówimy wszystkie 🙂
Bohaterką pierwszej części jest chyba najbardziej znana witamina, występująca w największej ilości mitów z jakimi spotkałam się w trakcie mojej kariery zawodowej 🙂 – witamina C czyli KWAS ASKORBINOWY.
Zaczynamy od tego co zawsze czyli: CIEKAWOSTKA.

Zacznijmy od małej „metryczki” naszej bohaterki:
NAZWA: witamina C = kwas askorbinowy
ZADANIA: antyoksydant (przeciwutleniacz) oraz kofaktor enzymów (czyli taki związek który pomaga przyspieszyć enzymowi przeprowadzenie jakiejś reakcji) uczestniczących w syntezie miliona ważnych dla nas związków (szczególnie dla tkanki łącznej oraz układu nerwowego np. kolagenu lub katecholamin).
Co oznacza że jest przeciwutleniaczem? W naszym organizmie stale produkowane są tzw. wolne rodniki, czyli takie dziadowskie związki, które lubią się przyczepić do białek, tłuszczy, kwasów nukleinowych słowem wszystkiego co buduje i tworzy nasze ciało. Jak już się tak przyczepią to lubią coś tam w ich budowie popsuć, nakręcić tak, że owe związki nie spełniają już swojej funkcji. Na szczęście organizm nie stoi wobec tego chaosu bezbronny jak turysta z parasolką w środku huraganu. Mamy własne, naturalne systemy antyoksydacyjne — enzymy i związki, które pomagają neutralizować wolne rodniki. Do tej drużyny należą m.in. glutation, enzymy antyoksydacyjne, witamina E czy właśnie witamina C, którą musimy dostarczać z dietą, bo człowiek sam jej nie wytwarza. Przeciwutleniacze działają więc trochę jak ekipa porządkowa albo żołnierze patrolujący teren: wyłapują nadmiar wolnych rodników i pomagają ograniczać szkody, zanim te zdążą urządzić w komórkach remont generalny bez pozwolenia.
DZIENNE ZAPOTRZEBOWANIE: i tutaj uwaga, wbrew wielu „doniesieniom” o pochłanianiu kilogramów witaminy C jakoby miało to być skuteczne remedium na wszelkie bolączki powinniśmy dziennie dostarczać:

A jakie mamy źródła pokarmowe tego składnika? Otóż:

No dobrze, ale co może się stać gdy będziemy mieć niedobór tej witaminy:
Najbardziej klasycznym skutkiem ciężkiego niedoboru witaminy C jest szkorbut — choroba, którą kojarzymy głównie z dawnymi marynarzami, ale spokojnie: współczesność też potrafi zrobić nabawić się tej przypadłości, zwłaszcza przy bardzo ubogiej diecie, zaburzeniach odżywiania, alkoholizmie, chorobach przewodu pokarmowego czy skrajnie jednostronnym żywieniu.
Przez to że jest ona potrzebna do prawidłowej syntezy kolagenu, czyli jednego z głównych „rusztowań” naszego organizmu. Kolagen buduje m.in. skórę, naczynia krwionośne, dziąsła, kości, chrząstki i tkankę łączną. Jeśli zaczyna go brakować albo jest produkowany gorzej, organizm trochę przypomina budynek, w którym ekipa remontowa oszczędzała na zaprawie: niby stoi, ale zaczynają pękać detale. Dlatego w niedoborze witaminy C mogą pojawić się:
- zmęczenie i osłabienie, bo organizm nie działa na pełnych obrotach;
- łatwe siniaczenie i krwawienia podskórne, bo drobne naczynia krwionośne robią się bardziej kruche;
- krwawienie i obrzęk dziąseł, a w ciężkich przypadkach nawet rozchwianie i utrata zębów;
- utrudnione gojenie ran, bo bez sprawnej produkcji kolagenu naprawa tkanek idzie jak remont z ekipą, która „będzie jutro”;
- bóle i obrzęki stawów, związane z osłabieniem tkanki łącznej;
- sucha, szorstka skóra i charakterystyczne zmiany wokół mieszków włosowych;
- wypadanie włosów lub tzw. włosy korkociągowate, czyli poskręcane, łamliwe włosy.
Czyli szkorbut to nie jest „trochę mniej odporności”, tylko realna choroba wynikająca z tego, że organizmowi zaczyna brakować składnika potrzebnego do utrzymania tkanek w jednym kawałku. Witamina C jest potrzebna — po prostu jej niedobór to problem, a nie dowód na to, że każdy powinien codziennie połykać megadawki „na wszelki wypadek”.
UWAGA, UWAGA, a teraz pogromimy kilka moich ulubionych mitów związanych tą jakże prostą, ale nad wyraz lubianą przez TWÓRCÓW MITYCZNYCH TEORII ZDROWOTNYCH witaminą.


Zaczynę od klasyka, którego słyszę równie często co „na zdrowie” jak ktoś kichnie, a brzmi on mniej więcej tak: „Jak zaczyna mnie brać przeziębienie, to biorę 2 do 5 g witaminy C i choroba szybciej przechodzi.”
Słyszeliście to gdzieś? Oczywiście. Witamina C od lat funkcjonuje jako domyślny „włącznik odporności” u ludzi. Problem w tym że nasz organizm nie działa jak telewizor i nie da się pojedynczymi guzikami w pilocie coś „włączać” albo „wyłączać” (a szkoda! – ułatwiłoby to wszystkim życie)
Witamina C jest organizmowi potrzebna do wszystkich funkcji które wymieniłam wcześniej w tym WSPIERA prawidłowe funkcjonowanie układu odpornościowego. Mit ten powstał, gdy ktoś sobie przetłumaczył słowo „potrzebna” na „im więcej, tym lepiej”. Bo to nie jest tak, że organizm widzi dawkę 5 g zamiast 200mg i myśli: „Ooo, jakby luksusowa dostawa, teraz będziemy odporni jak beton.” Dzieje się coś bardziej w stylu: „Dzięki, ale magazyn pełny, nie mam miejsca. Reszta do wywalenia.” I tu wchodzą nerki — całe na biało, choć niekoniecznie zachwycone, bo mają więcej pracy.
A co mówi o tym nauka? Przeglądy badań, w tym analiza Cochrane (to taka analiza która zbiera wszystkie dostępne badania naukowe w danym temacie i porównuje ich wyniki, ale tez jakość, prawidłowość wykonania itd… jednym słowem wywala fuszerki i naciąganie prawdy, a eksponuje prawidłowe badania niezależnie od wyników), pokazują, że regularne przyjmowanie witaminy C nie zmniejsza istotnie ryzyka zachorowania na przeziębienie u ludzi. Jedyny wyjątek dotyczy osób narażonych na bardzo duży wysiłek fizyczny, np. maratończyków czy żołnierzy w ekstremalnych warunkach — ale umówmy się, przeciętny Polak walczący z poniedziałkiem i sobotnią kolejką w dyskontach to jednak niekoniecznie ta sama kategoria ekspozycji.
Ale Farmatko czy ta witamina skraca to przeziębienie czy nie??? Tu będzie nudno: trochę może, ale bez fajerwerków. W w/w analizie Cochrane wykazali że regularna (przypominam REGULARNA czyli codziennie tak samo, a nie kilka razy jak coś się posypie czyt. jak mnie rozłoży) suplementacja witaminą C skracała czas trwania przeziębienia średnio o około 8% u dorosłych i 14% u dzieci. Czyli jeśli przeziębienie trwa 7 dni, to nie mówimy o magicznym zniknięciu choroby po jednej koparce witaminy C. Bardziej o tym, że zamiast tygodnia smarkania masz 6 dni z gilami.
A co z dawką 1 g? Myślisz, ok to będę przyjmował regularnie, ale jak się nażrę jej na zapas więcej to będę bardziej odporny! I tu robi się ciekawie. Witamina C wchłania się w jelicie przez określone „bramki”, które mają ograniczoną przepustowość (trochę jak wjazd/wyjazd z autostrady – jak staliście to wiecie o czym mówię…) Według danych NIH, przy umiarkowanych dawkach rzędu 30–180 mg wchłania się około 70–90% witaminy C (czyli całkiem przyzwoicie jak dla mnie). Natomiast przy dawkach powyżej 1 g/dobę wchłanianie spada poniżej 50%, a niewykorzystany kwas askorbinowy jest wydalany z moczem (czyli płacicie za coś, co i tak w połowie wysikacie…. trochę szkoda sikać pieniędzmi nie? no chyba że chcecie mieć nawet mocz premium – co z tego że bez sensu, ale jak elegancko!
No dobra, ale czemu czepiam się dużych dawek rzędu 5 g itd…? BO MOGA SZKODZIĆ. KROPKA. Jednym z ważniejszych problemów jest ryzyko kamicy nerkowej. Witamina C może być metabolizowana do szczawianów, które to z kolei lubią tworzyć pary z wapniem i tworzyć kryształy (takie kamienne „randewu”). Te małe, urocze geologiczne pamiątki, które osiądą w drogach moczowych mogą zrobić niezłe kuku – szczególnie u osób z nawracającą kamicą, odwodnieniem, chorobami nerek lub skłonnością do kamieni szczawianowo-wapniowych. Mit obalony? Mam nadzieję, że tak!
❌ Mit: Duże dawki witaminy C leczą przeziębienie.
✅ Fakty: Witamina C nie zapobiega przeziębieniu u większości ludzi, może jedynie nieznacznie skrócić czas jego trwania przy regularnym stosowaniu, a duże dawki nie oznaczają większej skuteczności. Nadmiar witaminy C może zwiększać wydalanie szczawianów i u osób predysponowanych sprzyjać kamicy nerkowej.

Jak słyszę o „lewoskrętnej witaminie C”, mam ochotę krzyknąć komuś w twarz: „naucz się chemii, a wtedy pogadamy” — i odwrócić się na pięcie. Takie emocje to we mnie wywołuje! Ale ponieważ jestem kulturalną farmaceutką (a przynajmniej bardzo staram się być), a nie bohaterką taniego serialu kryminalnego o przemocy laboratoryjnej, spróbujmy spokojnie. No więc: lewoskrętna witamina C to wymysł marketingowy bazujący na niewiedzy chemicznej przeciętnego Kowalskiego. Uffff… mam nadzieję że było w miarę kulturalnie. To taki chemiczny chochlik, który wlazł do reklam i próbuje się sprzedać, że niby jest jak cudowna „woda z Lichenia” – nie żebym cos miała do Pana Bócka!!! Nie jest. Co najwyżej ma certyfikat z mieszania ludziom w głowach.
Skąd się wziął cały pomysł z „lewoskrętnością”? Witamina C, którą organizm człowieka wykorzystuje, to chemicznie: kwas L-askorbinowy. I teraz zaczyna się zabawa, bo literka „L” w nazwie nie oznacza „lewoskrętna” (mimo że wydawałoby się to dość logiczne). Tak, wiem. Brzmi jak żart chemików z pierwszego roku studiów, ale niestety to prawda (chyba chcieli utrudnić żywot biednym studentom). Litera L odnosi się do określonej konfiguracji przestrzennej cząsteczki, czyli tego, jak atomy są ułożone w przestrzeni, a nie do skręcalności światła spolaryzowanego (o czym mówi właśnie nazwa „lewo-” albo „prawoskrętność”). To jest trochę jak z lewym i prawym butem: wyglądają podobnie, ale niekoniecznie pasują na tę samą stopę. Tyle że tutaj nie chodzi o to, czy cząsteczka „skręca w lewo”, tylko o jej budowę przestrzenną „w lewą stronę”. „L” to nie „lewo”. I to jest najważniejsze zdanie tego wpisu: Kwas L-askorbinowy nie oznacza „lewoskrętnej witaminy C”. To, że coś ma literę L, nie znaczy, że jest lewoskrętne optycznie. W chemii są różne systemy opisywania cząsteczek i ktoś kiedyś postanowił, że będzie to intuicyjne mniej więcej tak jak składanie namiotu z instrukcją tylko po chińsku (niby się da intuicyjnie, ale jak nie znasz krzaczków to zamiast namiotu może wyjść Ci pałac dla komarów z funkcją przeciekania w trakcie deszczu).
Mamy więc: konfigurację L/D która opisuje budowę przestrzenną cząsteczki, oraz skręcalność optyczną (+)/(−) która opisuje, w którą stronę substancja skręca płaszczyznę światła spolaryzowanego. TADAAAAAM! To są dwie różne rzeczy. Tak samo jak „tabletka musująca” nie oznacza, że po jej zażyciu człowiek zacznie bulgotać!
A teraz najlepszy HIT: witamina C jest prawoskrętna, tylko i WYŁĄCZNIE! Kwas L-askorbinowy, czyli biologicznie aktywna witamina C, jest związkiem prawoskrętnym. Tak. Ta cała „lewoskrętna witamina C”, którą marketing przedstawia jako naturalną, najlepszą, wyjątkową i niemal namaszczoną przez cytrynowego papieża, w rzeczywistości jest… prawoskrętna. Czyli jeśli ktoś sprzedaje „lewoskrętną witaminę C” jako coś wyjątkowego, to mamy tu sytuację typu: „Kup pan ten samochód, ma cztery koła, ale opisaliśmy go jako latający, bo brzmi drożej.”
Ale czy istnieje inna witamina C? Otóż, istnieją różne formy chemiczne związku zwanego kwasem askorbinowym, ale dla człowieka znaczenie ma przede wszystkim kwas L-askorbinowy oraz jego sole, czyli askorbiniany, np. askorbinian sodu czy wapnia. To one mogą pełnić funkcję witaminy C i są używane przez nasz organizm. Natomiast samo hasło „lewoskrętna witamina C” nie oznacza żadnej superjakości farmaceutycznego Graala. To po prostu hasło marketingowe, które brzmi naukowo, a jest tak naprawdę kłamliwym marketingowym voodoo.
Dlaczego ten mit jest problemem i tak bardzo mnie frustruje? Bo robi ludziom wodę z mózgu. I to nie taką zwykłą wodę. Raczej wodę strukturyzowaną, aktywowaną kwantowo i pobłogosławioną przez newsletter z medycyny alternatywnej, przez co osoba wykształcona próbująca obalić to oczywiste kłamstwo (patrz biedny farmaceuta) nazywamy jest NIEDOUCZONYM KŁAMCOM, KTÓRY NIE ODKRYŁ PRAWDY I WIERZY TYLKO W WIEDZĘ AKADEMICKĄ (tak dokładnie zostało mi to kiedyś wykrzyczane). Problemem nie jest obrażanie mnie itd., ale to, że pacjent zaczyna wierzyć, że: zwykła witamina C jest gorsza, „lewoskrętna” jest wyjątkowa, droższa znaczy skuteczniejsza, a marketingowe słowo zastępuje realną wiedzę. Potem kupuje preparat nie dlatego, że go potrzebuje, tylko dlatego, że ktoś sprytnie użył słowa, które brzmi jak z laboratorium, a finalnie nic nie działa i nie pomaga.
Jak zatem rozpoznać marketingową ściemę? Jeśli na opakowaniu lub w reklamie widzisz hasła typu: „lewoskrętna witamina C” „najlepsza forma witaminy C” „jedyna aktywna” „zwykła witamina C się nie wchłania” to poproś o inny preparat. Nie wspieraj kłamczuchów :).
To jak mówić poprawnie?
Poprawnie mówimy: kwas L-askorbinowy lub witamina C. Mit obalony? Tak. Z satysfakcją.
❌ Mit: Lewoskrętna witamina C jest najlepsza.
✅ Fakty: Biologicznie aktywna forma witaminy C to kwas L-askorbinowy, ale litera „L” nie oznacza lewoskrętności. Kwas L-askorbinowy jest prawoskrętny optycznie, a hasło „lewoskrętna witamina C” to najczęściej marketingowy skrót, który wprowadza w błąd.

Ach, „naturalna witamina C”. Brzmi pięknie, prawda? Od razu widzimy w głowie acerolę, dziką różę, cytrynę, słońce, rosę na listkach i panią w lnianej sukience, która mówi: „To jest ta prawdziwa witamina C, a nie ta chemia z apteki”. No więc usiądźcie wygodnie, zaparzcie sobie herbatkę — może być z cytryną, bez paniki — i porozmawiajmy o tym, że cząsteczka nie ma sentymentów rodzinnych ani nepotyzmu pochodzeniowego.
W obecnych czasach, gdy trend BIO/ ECO/ VEGAN/ EARTH FRIENDLY i wszystkie inne kolejne proekologiczne ruchy promują życie w zgodzie naturą są przodującymi i wszędobylskimi etykietami zarówno na żywności, kosmetykach, ubraniach i wszystkim co nas otacza ciężko mi walczyć z tym mitem. Serio! Nie jestem bynajmniej ekologicznym ignorantem! Segreguję śmieci, oszczędzam wodę, kocham zwierzęta, uczę dzieci tych wartości, w końcu chodzi o naszą planetę (nic mi nie wiadomo że okryliśmy inną awaryjną, do przeprowadzki w razie globalnego kataklizmu). Przeraża mnie tylko, że pewne treści przenikają do obszarów z którymi nie mają nic wspólnego i przez to że są powtarzane przez wiele osób, uważa się że są prawdą. Jest nawet na to określenie – efekt Goebbelsa (lub kłamstwo Goebbelsowskie). To technika propagandowa, według której wielokrotnie powtarzane kłamstwo zaczyna być traktowane przez społeczeństwo jako prawda, a kim był Goebbels chyba nie muszę Wam mówić nie? Ale wróćmy do naszej uroczej witaminki.
Witamina C to kwas L-askorbinowy. Cząsteczka kwasu L-askorbinowego ma tę samą strukturę chemiczną niezależnie skąd się wzięła. To znaczy, że dla organizmu jest tą samą substancją — niezależnie od tego, czy pochodzi z aceroli, dzikiej róży, papryki, czy z procesu produkcyjnego w laboratorium. Organizm nie ma w jelicie portiera, który kontroluje: „Dzień dobry, proszę pokazać certyfikat pochodzenia. Aha, acerola? Zapraszamy VIP wejściem. Syntetyczna? Pani poczeka przy śmietniku.” No nie. Transportery jelitowe nie prowadzą selekcji jak bramkarze w klubie: „masz trampki? to wypad!”.
Ale czy naturalna witamina C wchłania się LEPIEJ? Nie ma dobrych dowodów, że naturalna witamina C jako sama cząsteczka wchłania się istotnie lepiej niż syntetyczna. NIH podaje wprost, że kwas askorbinowy używany w suplementach ma biodostępność równoważną kwasowi askorbinowemu naturalnie występującemu w żywności. Przegląd licznych badań naukowych również wskazuje, że syntetyczna i pochodząca z żywności witamina C wydają się u ludzi podobnie biodostępne. Czyli jeśli ktoś mówi: „Ta witamina C z aceroli wchłania się dużo lepiej, bo jest naturalna” to bardzo możliwe, że mówi językiem społecznie powtarzanego kłamstwa, nie farmakokinetyki (nauki o tym jak leki poruszają się w organizmie człowieka).
Niemniej jednak UWAGA: owoce i warzywa nadal wygrywają — tylko z innego powodu! I tu ważne: to nie jest wpis pt. „jedz tabletki zamiast papryki”. Spokojnie, papryka zostaje na podium. Produkty naturalne mają przewagę, bo oprócz witaminy C zawierają też inne cudowne i potrzebne składniki: błonnik, polifenole, karotenoidy, składniki mineralne i całe to roślinne towarzystwo, które robi dobrą robotę dla zdrowia. Wszystkie przeglądy naukowe podkreślają właśnie to: sama witamina C może być podobnie biodostępna, ale spożywanie jej z pełnowartościową żywnością jest korzystniejsze ze względu na dodatkowe składniki odżywcze i fitochemiczne. Czyli: Owoc jest lepszy od tabletki nie dlatego, że jego witamina C jest magiczna niczym łzy jednorożca, tylko dlatego, że owoc to cały jednorożec z dobrodziejstwem inwentarza! Trochę jak różnica między dostaniem samego aktora na scenę a pełnym spektaklem z obsadą, scenografią i oświetleniem. Sama witamina C to główny bohater, ale owoc dorzuca cały zespół techniczny, który robi robotę!
„Naturalna” nie znaczy „silniejsza”. Słowo „naturalna” brzmi zdrowo. I marketing bardzo to lubi. Tak bardzo, że gdyby mógł, dopisałby „naturalna” nawet na opakowaniu spinaczy biurowych. Ale w chemii „naturalna” nie oznacza automatycznie: lepiej wchłanialna, skuteczniejsza, bezpieczniejsza czy bardziej „prawdziwa”. To, że coś pochodzi z rośliny, nie daje temu automatycznie statusu substancji o boskiej biodostępności. Muchomor też jest naturalny, a jakoś nie robimy z niego shotów wellness. Na szczęście.
A co z acerolą i dziką różą? Acerola, dzika róża, czarna porzeczka, natka pietruszki, papryka — to świetne źródła witaminy C. Naprawdę. Ale jeśli suplement reklamuje się jako „naturalna witamina C z aceroli”, to warto zadać pytanie: ile tam faktycznie jest witaminy C, a ile marketingowego konfetti? Bo czasem „z aceroli” na froncie opakowania brzmi jak granatnik z super witaminą C w kapsułce, a po przeczytaniu składu okazuje się, że acerola była raczej gościem, który wszedł, na chwilę pomachał i wyszedł. i tle po nim śladu…. Mit obalony? Tak. Ale z szacunkiem dla warzyw.
❌ Mit: Naturalna witamina C jest najlepiej przyswajalna.
✅ Fakty: Kwas L-askorbinowy z suplementu i kwas L-askorbinowy z żywności są dla organizmu tą samą cząsteczką, a dostępne dane nie potwierdzają istotnej przewagi biodostępności „naturalnej” witaminy C nad syntetyczną. Warzywa i owoce są świetnym wyborem, bo dostarczają nie tylko witaminy C, ale też błonnika i wielu innych korzystnych składników. To przewaga jedzenia, a nie dowód na „magiczną” cząsteczkę witaminy C.

Ostatni dziś mit do obalenia jest dla mnie szczególnie emocjonalny. Bo dotyczny mojej pracy. To jest jeden z tych mitów, przy których farmaceuta kliniczny słyszy w głowie cichy trzask pękającej żyłki w mózgu. Bo brzmi pięknie: naturalnie, tanio, bez chemii, organizm sam się wzmocni, a rak dostanie witaminowego plaskacza. No i gdyby medycyna działała tak jak ta bajka terapeutyczna opowiadana przez doktora Google i docenta Facebooka, to pewnie byłoby cudownie. Pacjent dostaje kroplówkę z witaminy C, guz pakuje walizki, onkolog rzuca cytostatyki w kąt, a NFZ od dziś refunduje cytryny na palety. Tylko że rzeczywistość — jak zwykle bezczelna — poprosiła o badania (a jak nie rzeczywistość to farmaceuta jest na tyle upierdliwy, że jak nie znajdzie potwierdzenia w badaniach naukowych, RZETELNYCH badaniach naukowych to nie poprze…).
Skąd w ogóle wziął się pomysł na wlewanie do żyły kwasu? nie brzmi dla Was to zdanie już bardziej harcorowo, niż kroplówka z witaminy C? A przecież to KWAS! Żeby było uczciwie: pomysł nie wziął się całkowicie z sufitu, horoskopu i tarota.
Otóż w bardzo wysokich stężeniach, osiąganych po podaniu dożylnym, witamina C może działać inaczej niż ta z tabletki czy papryki gdy je zjemy. Po podaniu doustnym jak już wspomniałam wcześniej, organizm bardzo pilnuje jej stężenia we krwi, bo jelito i nerki robią za bramkarzy. Po podaniu dożylnym ten system kontroli częściowo omijamy i uzyskujemy znacznie wyższe stężenia w osoczu. NCI podaje, że dawki dożylne powyżej 500 mg prowadzą do dużo wyższych stężeń we krwi niż taka sama dawka doustna. I tu zaczyna się cała historia: w badaniach laboratoryjnych wysokie stężenia askorbinianu mogą działać PROOKSYDACYJNIE i uszkadzać niektóre komórki nowotworowe. W probówce bywa ciekawie – zalewamy dziada roztworem witaminki C i robimy mu przymusowe seppuku. Problem w tym, że probówka to nie człowiek. To ważne, więc powtórzę: To, że coś zabija komórki nowotworowe w laboratorium, nie znaczy jeszcze, że leczy raka u pacjenta. W laboratorium można zabić komórki nowotworowe spirytusem, domestosem i ogniem z palnika, a jakoś dziwnie nikt nie proponuje wlewać do gardła domestos albo przetaczać spirytus do żyły, lub bawić się w piromana i wypalać guzy z brzucha. Dlaczego? Bo jest jeszcze coś takiego jak rozsądek, który podpowiada że pacjent to nie szalka Petriego z nogami.
„Ale przecież są badania!” Są. I właśnie dlatego trzeba o tym mówić precyzyjnie. NCI opisuje, że dożylna witamina C była badana w różnych nowotworach, czasem sama, częściej jako dodatek do standardowego leczenia. W części badań obserwowano poprawę jakości życia lub zmniejszenie toksyczności leczenia, ale NCI podkreśla też, że wiele wcześniejszych badań miało ograniczenia metodologiczne i nie daje podstaw do prostego wniosku: „witamina C leczy raka”. To mniej więcej tak, jakbyśmy zaobserwowali któregoś deszczowego dnia, że umarła krowa na polu i wysnuli teorię: „Opady deszczu prowadzą do śmierci krów”. Niby prawdziwe, ale czujecie ten absurd nie? Są na szczęście też nowsze badania (bo temat ciekawy, dający nadzieje, więc czemu nie badać?!). Przykład: w 2024 roku opisano badanie fazy II u pacjentów z rakiem trzustki, gdzie dodanie farmakologicznego askorbinianu do gemcytabiny i nab-paklitakselu (notabene, lubię nazwy leków onkologicznych! są takie, egzotyczne nie? Chociaż same już leki do przyjemniaczków nie należą.) wydłużało przeżycie całkowite i czas wolny od progresji — ale to było małe badanie, 34 pacjentów, więc wymaga potwierdzenia w większych badaniach, zanim ktokolwiek uczciwy nazwie to standardem leczenia (bałabym się leczyć metoda którą potwierdzono na 34 osobach, podczas gdy w Polsce co roku diagnozuje się 200 tyś. nowych zachorowań, a na Świecie aż 20 milionów!! – mało reprezentatywna grupa wyleczonych Wam powiem…) Dla równowagi: inne badanie fazy II z 2024 roku, u pacjentów z opornym na kastrację przerzutowym rakiem prostaty, nie wykazało poprawy odpowiedzi PSA, toksyczności ani innych wyników klinicznych po dodaniu witaminy C do docetakselu.
Czyli mamy sytuację typu: „coś może być interesujące naukowo” ≠ „można to sprzedawać jako lek na raka”. To nie jest różnica kosmetyczna. To jest różnica między badaniem klinicznym a gabinetem, który robi pacjentowi nadzieję, ale w pakiecie dodaje fakturę na niemałą kwotę. Kroplówka z witaminy C nie jest leczeniem onkologicznym. KROPKA. Najważniejszy punkt: Dożylna witamina C nie jest standardowym leczeniem raka. Nie zastępuje: chemioterapii, immunoterapii, hormonoterapii, leczenia celowanego, radioterapii, chirurgii onkologicznej. A szkoda! Naprawdę! myślicie, że lekarze onkolodzy nie woleliby podać jednego, taniego wlewu bez miliona efektów ubocznych, które muszą później oglądać na kolejnych wizytach kontrolnych i decydować co dalej, bo z jednej strony chcą wyleczyć pacjenta, a z drugiej wiedzą, że to leczenie obciąża!
Witamina C może być badana jako potencjalny dodatek w wybranych schematach, ale dodatek badany w kontrolowanych warunkach to zupełnie co innego niż „chodź pan na kroplówkę, bo chemia truje, a witaminka naturalnie wymiata raka”. To trochę jak różnica między: testowaniem silnika rakietowego przez NASA, a przyklejeniem petardy do hulajnogi i powiedzeniem: „technicznie też napęd odrzutowy – lecimy!”.
„Ale chemia truje, a witamina C jest naturalna”. Niestety tak. Chemioterapia może być toksyczna. To nie jest tajemnica, którą onkolodzy trzymają w sejfie pod hasłem „Big Pharma 123 TOP SECRET”. Tylko że toksyczność nie oznacza braku skuteczności. Chemioterapia, immunoterapia czy leczenie celowane mają konkretne wskazania, dawki, badania, kryteria odpowiedzi, monitorowanie działań niepożądanych i — najważniejsze — dowody, że u określonych pacjentów mogą wydłużać życie, zmniejszać guz, prowadzić do remisji, a czasem do wyleczenia. Witamina C dożylnie jako „leczenie raka” takich dowodów na poziomie standardu onkologicznego nie ma. To jest ten moment, w którym marketing mówi:„naturalne i bezpieczne”, a medycyna pyta: „dobrze, ale gdzie przeżycie całkowite, progresja, randomizacja i kontrola?” Marketing wtedy zwykle nagle musi odebrać bardzo ważny telefon i znika bez odpowiedzi….
Ale czy kroplówki z witaminy C są bezpieczne? Nie są niewinną lemoniadą w żyłę. NCI opisuje, że wysokie dawki dożylnej witaminy C były generalnie dobrze tolerowane w badaniach klinicznych, ale jednocześnie wskazuje konkretne ryzyka: zgłaszano niewydolność nerek u pacjentów z wcześniejszymi chorobami nerek, ryzyko hemolizy u osób z niedoborem G6PD oraz zakłócenia wyników badań laboratoryjnych, m.in. fałszywie zawyżone pomiary glukozy przy niektórych glukometrach paskowych. Czyli to nie jest już poziom „zwykła witaminka, najwyżej się wysika”. To jest interwencja dożylna, która wymaga: oceny nerek, oceny ryzyka kamicy, ostrożności przy niedoborze G6PD, uwzględnienia leczenia onkologicznego, znajomości potencjalnych interakcji i interferencji diagnostycznych. NCI ostrzega też, że wysokie dawki witaminy C mogą mieć niekorzystne interakcje z niektórymi lekami przeciwnowotworowymi, a szczególnie zwraca uwagę na dane przedkliniczne dotyczące możliwego osłabienia działania bortezomibu (taki lek na m.in. szpiczaka mnogiego). Czyli: jeśli pacjent onkologiczny robi kroplówki „na własną rękę”, onkolog naprawdę powinien o tym wiedzieć. Nie dlatego, że jest zazdrosny o cytrynę. Dlatego, że prowadzi leczenie, które może mieć interakcje, działania niepożądane i konkretne cele.
A jakie jest zatem największe zagrożenie z mojego punktu widzenia? CZAS. Stracony czas. To jest najważniejsza rzecz w całym micie. Największym problemem nie jest nawet sama witamina C. Jestem w stanie zrozumieć, że człowiek w trudnym momencie swojego życia jakim jest niewątpliwie choroba nowotworowa, łapie się wszelkich pomysłów na ratunek. Sama swego czasu byłam w trudnej sytuacji życiowej i wybierałam terapie, które w tej chwili wydają mi się medycznie absurdalne. Nie zrobiłam wtedy na szczęście jednego – nie zaniechałam, podstawowego wskazanego leczenia. I to jest cały morał! Największym problemem jest sytuacja, w której pacjent: rezygnuje z leczenia onkologicznego, odwleka terapię, przerywa leczenie, albo zaczyna ufać bardziej sprzedawcy kroplówek niż zespołowi onkologicznemu. Rak nie czeka, aż pacjent „spróbuje naturalnie”. Nowotwór nie mówi:
„Okej, daję pani trzy miesiące na eksperyment z askorbinianem, potem wracamy do tematu”. Nowotwór robi swoje. Cicho, konsekwentnie i bez zainteresowania postami wypisaywanymi na grupach „ukryte terapie, których lekarze ci nie powiedzą”. Jak odróżnić naukę od pseudonauki? Uczciwa nauka mówi: „Są pewne przesłanki biologiczne, są badania w toku, część wyników jest ciekawa, ale potrzebujemy większych, dobrze zaprojektowanych badań.” Nigdy nie używa słów: „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”. Bo taki jest organizm ludzki – nieprzewidywalny! Pseudonauka mówi: „To leczy raka, ale lekarze ukrywają, bo tanie.” Widzisz różnicę? Pierwsze zdanie ma hamulec bezpieczeństwa. Drugie ma czerwone flagi, syrenę alarmową i baner „kup pakiet 10 wlewów”. Mit obalony? Tak — z ważnym dopowiedzeniem.
❌ Mit: Kroplówki z witaminy C leczą raka.
✅ Fakty: Wysokodawkowa witamina C podawana dożylnie jest badana jako potencjalny dodatek do leczenia onkologicznego w wybranych nowotworach, ale nie jest standardową terapią przeciwnowotworową i nie powinna zastępować leczenia onkologicznego. To nie jest „niewinna witaminka”. Wlewy mogą wiązać się z ryzykiem, szczególnie u osób z chorobami nerek, kamicą, niedoborem G6PD oraz u pacjentów przyjmujących określone leki onkologiczne.
Mam nadzieję że te przydługie wywody obalające mity nie wprowadziły was w objęcia Morfeusza. Spokojnie! Już kończę!
Ostatnią rzeczą którą wrzucam jest mała podpowiedź dla zainteresowanych, jakie mamy obecnie dostępne na rynku preparaty z witaminą C o statusie leku OTC (czyli leku bez recepty).

To by było na tyle…
Zdrówka!
FarMatka
